20 Godzin = 0.0023 Lata: 5000 Godzin = 0.5704 Lata: 3 Godzin = 0.000342 Lata: 30 Godzin = 0.0034 Lata: 10000 Godzin = 1.1408 Lata: 4 Godzin = 0.000456 Lata: 40 Godzin = 0.0046 Lata: 25000 Godzin = 2.8519 Lata: 5 Godzin = 0.00057 Lata: 50 Godzin = 0.0057 Lata: 50000 Godzin = 5.7039 Lata: 6 Godzin = 0.000684 Lata: 100 Godzin = 0.0114 Lata: 100000
Nie liczę godzin i lat lyrics. Wschodami gwiazd i zachodami. Odmierzam czas liści kolorami, Odmierzam czas, nie używając dat. Czekaniem na niespodziewane, Straconych szans rozpamiętywaniem, Odmierzam czas, nie używając dat. Nie liczę godzin i lat, To życie mija, nie ja.
Odmierzam czas, nie używając dat. Czekaniem na niespodziewane, Straconych szans rozpamiętywaniem, Odmierzam czas, nie używając dat. Nie liczę godzin i lat, To życie mija, nie ja. Bliżej gwiazd, bliżej dna Jestem wciąż taki sam, Wciąż ten sam. Nie liczę godzin i lat, To życie mija, nie ja. W zgiełku dni, w morzu dat Własny swój
To było show! Słubice bez wątpienia potrafią bawić. To małe miasteczko które śpiewało na całe lubuskie, to miasto gdzie mieszkańcy tłumnie przyszli odpocząć „ nie czując dni godzin i lat, nie licząc zysków ani start” przyszli się pobawić.
03.10.2023 13:21. Autor: Krzysztof Dziedzic. Dziś w miejskiej sali widowiskowej odbyła się inauguracja Oleśnickich Dni Seniora 2023. Gospodarzem uroczystości był Janusz Marszałek - dyrektor Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej, który wraz z dyrektor Miejskiego Ośrodka Kultury i Sztuki Agatą Szpiłyk powitał przybyłych seniorów.
penggunaan listrik berikut ini yang dapat membahayakan keselamatan adalah. „Tylko człowiek odmierza czas. Tylko człowiek wybija godziny. I właśnie dlatego jedynie człowiek doświadcza paraliżującego strachu, którego nie zniosłoby żadne inne stworzenie. Strachu przed tym, że zabraknie czasu.”* Czy myśleliście kiedyś, jakby to było żyć bez znajomości pojęcia czasu? Bez wiedzy która jest akurat godzina, jaki dzień, miesiąc, rok? Bez tego strachu, że nie zdążymy na czas, że mamy go za mało by zrobić wszystko co powinniśmy? Pewnie każdy czasem o tym myśli. Bo kiedyś to nie miało znaczenia, ludzie żyli spokojnie, bez ciągłego zerkania na zegarek… Dawno, dawno temu żyli sobie Allie, Dior i Nim, trójka, która znała się od dzieciństwa, która spędzała ze sobą każdą wolną chwilę. Gdy zaczęli dorastać ich drogi po części się rozeszły. Nim od początku pragnął władzy i zaczął do tego dążyć za wszelką cenę. Dior od zawsze fascynował się przemijaniem i odmierzaniem czasu, który odkrył. Allie zaś została żoną Diora i wiernie przy nim trwała po kres swoich dni. Gdy Allie umiera, Dior trafia do jaskini, z której nie może się uwolnić i jako Ojciec Czas przez setki lat wysłuchuje wszystkich próśb ludzi odnośnie czasu. Trwałoby to może w nieskończoność gdyby nie Sarah i Victor, nastolatka z problemami i śmiertelnie chory starszy człowiek. Zapytacie zapewne co ta dwójka może mieć wspólnego ze sobą oraz z Ojcem Czasem. Tego niestety już wam nie zdradzę. Kiedy tylko ukazały się zapowiedzi „Zaklinacza czasu” coś mnie do niego ciągnęło. Nota wydawcy, pochlebne opinie krążące po Internecie o i ta przepiękna okładka od której nie mogę do teraz oderwać oczu – wszystko wskazywało na to, że będzie to udana lektura. Jednocześnie nie mogłam doczekać się lektury tej książki i bałam się, że srodze się zawiodę na niej. Mitch Albom stworzył książkę nietypową, książkę, którą czyta się szybko, ale aby ją dobrze zrozumieć trzeba się nad nią zastanowić. Opisuje jak powstał czas: sekundy, minuty, godziny, a potem dni, tygodnie, miesiące, a nawet lata. Ukazał jak ludzie żyli kiedyś, bez świadomości upływających momentów, bez pośpiechu. Dawniej nie było zegarków i kalendarzy, tak jak teraz. Powieściopisarz chce pokazać, że odkąd powstał czas jesteśmy przez niego ograniczeni. Ciągle nam go mało, a jeszcze tyle trzeba zrobić. Żyjemy w biegu, nerwowo zerkając ciągle na zegarki. Teraz gdy chcemy z kimś pogadać wysyłamy maile, SMSy, dzwonimy - byle szybciej. A wcześniej trzeba było się spotkać czy też napisać list, który trzeba było przemyśleć by zawrzeć w nim wszystko. Nie zauważamy dziś piękna, które nas otacza, nie cieszymy się tym co mamy, nie doceniamy tego. Pragniemy więcej i więcej, a może czasem warto zwolnić? Przeżyć chociaż jeden dzień bez zegarka, planu dnia? Mitch Albom stworzył przypowieść nacechowaną złotymi myślami, zmuszającą do refleksji i zatrzymania się. Historia trochę fantastyczna, do końca wzbudzająca niepewność tego jak to się skończy. Fabuła intryguje od razu (choć niektórzy potrzebują czasu by się wczuć), akcja toczy się wartko, zdumiewa i nie nuży. Pisarz prostymi zdaniami trafia do odbiorcy, a pogrubianie niektórych zdań sprawia, że uderzają jeszcze mocniej, bardziej zapadają w serce i umysł. Dwa dni - tyle zajęło mi czytanie tej pozycji. Był to czas pełen refleksji, emocji oraz stwierdzania rzeczy oczywistych. Jestem zachwycona tą pozycją i z pewnością nie raz będę do niej powracać. Wciągnęła mnie od samego początku i trzymała w napięciu do końca. Przyznam się szczerze, że były momenty kiedy się wzruszyłam, tej publikacji nie da się przyjąć na spokojnie. Przeżywałam ją całą sobą, a po odłożeniu cały czas myślę o tym, jak bardzo jest trafna. Jesteśmy pokoleniem czasu, pędzimy przed siebie i nie zastanawiamy się nad prawdziwymi priorytetami. Pamiętajmy, że chwile są ulotne i jeśli jej nie złapiemy, ona przeminie, a z nią być może szansa na coś naprawdę istotnego. To książka, którą trzeba przeczytać, napisana z pomysłem, przemyślana i dopracowana. Niby zwyczajna, a jednocześnie piękna. Autor porusza temat… na czasie i wskazuje co dała nam wiedza na temat czasu… Może lepiej by nam było bez tego? Czy nie lepiej żyłoby się bez zegarków i ciągłego pośpiechu… „- Bóg nie bez powodu wykracza kres ludzkich dni. - Co to za powód? - Żeby nadać każdemu znaczenie.”** *str. 17 **str. 262
Z tej właśnie okazji, mam dla Was niespodziankową miniaturkę. Czasem były łzy radości, czasem smutku, ale za to wiele chwil pełnych uśmiechu. Dziękuje wszystkim czytelnikom tego bloga. Idąc z tym pomysłem do Luthien nawet nie myślałam że zdobędzie on taką ilość wyświetleń. Dziękuje za każdy napisany komentarz pozytywny, motywujący nas do pracy jak i negatywny, który dawał nam kopa ;D Idealnie pamiętam ten dzień, gdy wpadłam do L. na kawę po nieprzespanej nocy xD Mam nadzieję że jeszcze kiedyś się spotkamy. Pozdrawiam moją kochaną Paulinkę, która pilnowała by rozdział był na czas. Kocham i do zobaczenia! Jak widzicie, się na wspomnienia rzuciło ( ja jej dam te "Paulinke" xD ) .Ale żeby nie było, bo ja też Was kocham, swoim gryfońskim serduszkiem <3 Ale koniec pierdół! Zapraszam na miniaturkę, którą należy skomentować. _______________________________________________________________________ I'm sending postcards from my heart With love for a postmark and then.. You know that you make me feel like we've been caught Like kids in the school yard again Cholerna Granger! Znów mami go tym swoim cholernym zwyczajem oblizywania cholernej łyżki, pełnej cholernego malinowego dżemu. Okej. Wszystko byłoby cholernie w porządku, gdyby nie to, że tym zachowaniem doprowadzała go do minimalnego, choć widocznego, cholernego wzwodu. Lubiła też w trakcie wykonywania tej czynności spojrzeć wprost w jego oczy, wcale nie polepszając sprawy. Mała manipulatorka. Od kiedy to stała się tak odważna, by zadzierać właśnie z nim? Nie, to nie było właściwe pytanie. Od kiedy Hermiona Granger stała się taką seksowną kokieterią smoczych serc? Oj, kusiła, kusiła całą sobą. Czyli, zaczynając od brązowych oczu, które wyglądały na wyjęte z tabliczki czekolady. Następnie usta koloru jej ulubionego dżemu, zapewne powinny służyć tylko do jednego celu – dalekiego od tego przyzwoitego. Smukła szyja stworzona do całowania. Kręcone włosy, seksownie opadające na nagie ramiona. Biust w rozmiarze ideału. Lekko, ponętnie zaokrąglony brzuch, który widział na jednej z imprez, kiedy to ubrała tą swoją zabójczą kieckę… Faktycznie, jego sprzęt mało co nie zginął wtedy z bezradności. Proste, opalone nogi, tyłek marzeń. Ta dziewczyna była jednym z nie odkrytych cudów świata. Ale skąd, nie myślcie sobie, że Draco Malfoy widział w pannie Granger tylko seks bombę. Zauważył też, że była piekielnie inteligentna, błyskotliwa i potrafiła zgasić każdą próbę jego podrywu. I to martwiło go najbardziej. Westchnął głęboko, gdy obiekt jego zainteresowań wszedł do klasy, kołysząc zalotnie biodrami. * * * O północy. W łazience prefektów na piątym piętrze. Bądź sama. Hasło to: Poranna rosa. Nie spóźnij się. Dziewczyna czytała liścik w pełnym skupieniu. Te ślizgońskie maniery. Dobrze wiedziała, kim był tajemniczy nadawca wiadomości. Pacan jeden. Jakby nie znała hasła do tej całej łazienki… * * * Hermiona z bijącym od nadmiaru adrenaliny sercem, przekradała się przez opustoszałe korytarze Hogwartu, uważając, by nie natknąć się na panią Norris, bądź Filch’a. Na początku chciała zrezygnować, ale gryfońska duma jej na to nie pozwoliła… Nie okłamujmy się, chciała się dowiedzieć, czegóż to chce od niej taki mężczyzna jak Draco Malfoy. Kiedy wypowiedziała hasło, złapała za klamkę i zdecydowanym ruchem przestąpiła przez próg. Łazienka skąpana była w nikłym świetle świec, które migotały przy każdym lżejszym podmuchu. W całym pomieszczeniu pachniało malinami, soczystymi, czerwonymi owocami, skąpanymi w wieczornym słońcu. Wyglądało na to, że nie było tu nikogo, oprócz niej. Delikatnie stawiając kroki, podeszła do wielkiej wanny, wbudowanej w podłogę, za lekkim wyłomem ściennym. To, co zobaczyła, praktycznie pozbawiło ją tchu, omamiło zmysły. - I co, Granger, co o tym myślisz? – spytał Draco, łapiąc ją za biodra, unieruchamiając. – Czy mój pomysł był dostatecznie dobry? - M – Malfoy, co Ty sobie wyobrażasz? – oburzyła się, nie potrafiąc odtrącić dłoni blondyna, wędrującej po wypukłościach jej pośladków. - Hmm, po prostu ziszczam Twoje najskrytsze marzenia, Hermiono. – Powiedział, po czym odgarnął loki z jej szyi i zaczął obdarowywać ją pocałunkami. – No przyznaj, że wanna pełna malinowego dżemu, tylko do Twojej… to znaczy naszej dyspozycji, nie jest chyba najgorszym pomysłem, prawda? – Jego palce zaczęły zsuwać z jej ramion ponętną koszulkę nocną. Kiedy już dziewczyna stanęła przed nim w samej bieliźnie (co prawda, koronkowej), chłopak przyciągnął ją do siebie i pocałował jej słodkie usta. Marzył o tym od miesięcy i naprawdę, chyba nie mógł czekać ani chwili dłużej. Gryfonka zajęczała mu prosto w usta, kiedy poczuła jego twardą erekcję na jej podbrzuszu. Och, nawet w najskrytszych fantazjach nie marzyła o tym, by móc znaleźć się właśnie w takiej sytuacji z najlepszą partią w całej szkole. I w tym samym momencie, Draco z całą siłą popchnął Hermionę wprost do wanny pełnej dżemu malinowego. Szkoda tylko, że dziewczyna pociągnęła go wprost do owocowego raju wraz z sobą. - Ty przebiegła pantero! – krzyknął Malfoy, kiedy tylko wyłonił się z pachnącej mazi. - Pantero? Serio – zdziwiła się Hermiona, patrząc ironicznym wzrokiem na swojego towarzysza. - O, nie! – oburzył się Draco i porwał dziewczynę w swoje ramiona, po czym pocałował jej umazane w dżemie malinowym wargi. Ta noc była pierwsza. A po niej nastąpiły kolejne, równie piękne, jak i tak bardzo od siebie różne. A później, była malinowa sukienka zaręczynowa. I motyw kwiatu maliny, wpleciony w biały welon. I malinowy tort, z napisem: „Roczek Scorpiusa”. Gdyż wszystko zaczęło się od pewnego malinowego dżemu, który do tej pory króluje na stole państwa Malfoy. _______________________________________________________ Chciałam jeszcze przypomnieć o ankiecie. Poza tym, wiele osób zgłasza się po miniaturki. Ogłaszam więc powszechnie, że aby je dostać, należy skomentować te opublikowane! ;) Z pozdrowieniami,L. ;**
fot. Adobe Stock, Antonioguillem O swojej bezpłodności dowiedziałam się jeszcze w liceum. Kilku lekarzy stwierdziło zgodnie, że szans na wyleczenie nie ma, byłam po prostu zepsuta. Natura nie chciała, bym została matką. – Jestem wadliwa – mówiłam o sobie przez kolejne lata, usiłując mierzyć się z ogromem cierpienia i nieakceptacji. Kiedy miałam te dwadzieścia, dwadzieścia parę lat, moi partnerzy nie przywiązywali do tematu ewentualnych dzieci wielkiej wagi. Dla jednego to była wręcz zaleta, był zachwycony, że możemy uprawiać seks bez antykoncepcji, potomstwa i tak nie planował. Inni odkładali decyzję o ojcostwie na dalekie „później”, póki co chcieli po prostu dobrze się bawić. Ale potem i tak nadchodziły kolejne rozstania, z różnych powodów. Ale po trzydziestce zrozumiałam, że moi rówieśnicy nie są już tacy chętni do wiązania się z kobietą, która nigdy nie da im dziecka. – Nie poddawaj się – mówiła Dagna, dzięki której w ogóle jakoś się trzymałam. – Musisz cały czas umawiać się na randki, dawać szanse facetom. Wiem, że w końcu spotkasz takiego, dla którego ty będziesz najważniejsza. Po prostu to wiem! Był taki okres w moim życiu, że się jednak poddałam. Nie chciałam nikogo zwodzić, a tak naprawdę nie ma dobrego momentu na to, by powiedzieć swojemu chłopakowi, że jest się bezpłodną. O takich rzeczach nie informuje się przecież na pierwszej randce. A potem jest coraz trudniej. Oczywiście, spotykałam się też z takimi, którzy już byli ojcami. Krzysiek miał dwójkę dzieci z pierwszego małżeństwa. Nie znosiły mnie. Adam miał syna z kobietą, która wciąż była w nim zakochana. Zniszczyła nasz związek. Sławek był wdowcem i samotnym ojcem dwulatki. Wiecznie uważał, że coś przy niej robię źle, nie ufał mi w kwestiach karmienia, przewijania i opieki. W końcu sama odeszłam, czując się jeszcze bardziej bezwartościowa i przegrana. I wtedy Dagna poznała Michała. Był nowy w jej pracy, zaprzyjaźnili się. Parę razy mi o nim opowiadała, jaki to fajny facet, aż w końcu uznała, że pora na prezentację. I tak poznałam mojego przyszłego męża Przyjaciółka miała rację: Michał był niesamowity. Wesoły, pełen energii, a przy tym empatyczny i wrażliwy na innych. Potrafił i słuchać i ciekawie opowiadać. Od pierwszej minuty spotkania była między nami chemia. O mojej ułomności zdecydowałam się powiedzieć mu jak najszybciej. Nie chciałam jeszcze bardziej się zakochać i potem cierpieć. Jeśliby miał mnie rzucić, to lepiej szybciej niż później – myślałam. – To nie ma znaczenia – powiedział. – Są inne metody. Możemy się starać o adopcję. Nie muszę mieć własnej kopii genetycznej. Ale muszę mieć ciebie! Basia, nie wyobrażam sobie życia bez ciebie… Oświadczył mi się niedługo potem. To było szalone, ale się zgodziłam. Oboje uwielbialiśmy nurkować, podobnie zresztą jak Dagna. To ona załatwiła nam możliwość wzięcia ślubu na pokładzie portugalskiego stateczku, z którego schodziło się pod wodę. Powiedzieliśmy sobie „tak” w kombinezonach nurkowych, a potem wyskoczyliśmy z łodzi, trzymając się za ręce. – Dziękuję, kochana – powiedziałam do niej w wieczór swojego ślubu. – Wiesz, nigdy nie sądziłam, że będę tak szczęśliwa! To dzięki tobie… Chyba nigdy nie dam rady ci się odwdzięczyć. – Oj tam, nie gadaj tyle! – zbyła mnie, lecz widziałam, że szklą się jej oczy ze wzruszenia. – Chodź, twoje weselne ognisko na plaży już czeka. Zamówiłam lokalną kapelę i wiesz co? Gitarzysta chyba na mnie leci! No, idziemy, mam ochotę na portugalskie słodkości! Objęłam ją i poszłyśmy bawić się na moim plażowym weselu. Tańczyliśmy, śpiewaliśmy, jedliśmy portugalskie przysmaki – byłam wręcz niewiarygodnie szczęśliwa. Co chwila zerkałam na Dagnę, czy dobrze się bawi. Z całego serca życzyłam jej, by i ona znalazła taką miłość jak ja. – Idź, zatańcz z Dag – szepnęłam do Michała. – Chyba coś jej nie poszło z tym gitarzystą, jakaś przygaszona siedzi. Michał poszedł bez ociągania się. Ucieszyłam się, że trochę jej się humor poprawił. Michał i Dagna wciąż pracowali razem. Ustaliłam z mężem, że musimy jej się jakoś odwdzięczyć za to, że nas ze sobą poznała i zorganizowała nam to cudowne wesele. Bardzo chcieliśmy ją z kimś wyswatać. Z kimś wartościowym, kto da jej szczęście. Popłakałam się, słysząc, że urodzi się dziewczynka Dagna jednak nie była osobą, której łatwo zaimponować. Może nie była superładna, ale miała figurę modelki, do tego świetnie zarabiała i była duszą towarzystwa. Ludzie ją uwielbiali, miała wielu adoratorów, ale wiedziałam, że żaden nie zdołał jej przekonać, by została z nim na dłużej. Zmieniała więc facetów co kilka tygodni, lecz żaden z kolegów Michała ani moich się „nie przyjął”, jak to zabawnie określała moja przyjaciółka. Aż pewnego dnia Dag zwierzyła mi się, że spóźnia jej się okres. – Idę po test do apteki, poczekasz ze mną na wynik? – zapytała, kiedy do niej wpadłam. Kwadrans później okazało się, że to ona „wpadła”. Na widok dwóch kresek wzięła głęboki wdech, a potem usiadła na klapie sedesu i przez długą chwilę milczała. – To ten Szwed? – zapytałam o domniemanego ojca. – Ten z portalu randkowego? – Tak… – wyszeptała, obejmując się ciasno ramionami. – Tylko z nim sypiałam… Ale zerwaliśmy i nie mam do niego kontaktu… Szwed nie był jej miłością i na pewno by się z nim nie związała ze względu na dziecko, jednak widziałam, że dręczy ją wizja przyszłego samotnego macierzyństwa. Obiecałam, że ja i Michał będziemy jej pomagać, że ona i dzidziuś będą mogli na nas liczyć. Podniosła wzrok i zapytała mnie cicho: – Basia, jesteś pewna… że dasz radę? Wiedziałam, co miała na myśli. Ja marzyłam o dziecku, ale nie mogłam go mieć. A tu nagle moja najlepsza przyjaciółka zachodzi w nieplanowaną i do pewnego stopnia niechcianą ciążę. To było w jakiś sposób niesprawiedliwie. Tłumaczyłam sobie, że to irracjonalne, ale jakaś część mnie była rozgniewana, że Dagna zaszła w ciążę, z której nawet się nie cieszy. To powinnam była być ja! Na szczęście Dag po kilku tygodniach odczuła instynkt macierzyński i na jej twarzy pojawił się uśmiech. Widziałam, że Michał uważnie mnie obserwuje, sprawdza, jak się czuję w towarzystwie kobiety z zaokrąglonym brzuszkiem, starałam się więc podkreślać, że ja także cieszę się na narodziny dzidziusia przyjaciółki. Towarzyszyłam Dag podczas badania usg, kiedy poznała płeć dziecka. – Dziewczynka – powiedziała lekarka. Wtedy jedyny raz się popłakałam. Dagnie powiedziałam, że ze wzruszenia, ale prawda była taka, że nie poradziłam sobie z sytuacją. Oddałabym pół życia, żeby leżeć tam zamiast niej i usłyszeć, że urodzę córeczkę… Kiedy Kaja przyszła na świat, Dag poprosiła Michała i mnie, żebyśmy byli rodzicami chrzestnymi. Oczywiście się zgodziliśmy, ale potem babcia powiedziała mi, że małżeństwo nie powinno przyjmować razem tej godności. Dag nie miała brata ani męskich przyjaciół, więc Michał został ojcem chrzestnym, ja odstąpiłam ten zaszczyt jej przyrodniej siostrze. Teraz to ja czujnie obserwowałam Michała. Widziałam, jaki jest zakochany w chrześnicy. Ciągle jej coś kupował, kiedy miała kolki, przeglądał portale rodzicielskie w poszukiwaniu porad, posunął się nawet do tego, że zakupił fotelik dla niemowlęcia, który pasował do naszego samochodu. – W zeszłym miesiącu trzy razy woziłem gdzieś Dagnę i Kaję – wytłumaczył mi. – To przekładanie fotelika z samochodu do samochodu jest idiotyczne! Tobie też się przyda, jak będziecie chciały gdzieś pojechać naszym autem i przewieźć małą. W sumie się z nim zgodziłam. Dagna i Kaja były de facto członkami naszej rodziny. Przyjaciółka często podrzucała do nas córeczkę, a my nie protestowaliśmy. Usiłowałam nie wyobrażać sobie, że Kaja to moje dziecko, ale i tak nie mogłam się powstrzymać, i kiedy na spacerach albo w galerii ktoś mnie zaczepiał pytając o córeczkę, nie wyprowadzałam go z błędu. Kochałam Kaję nie mniej niż Michał, który dosłownie z każdym miesiącem był w nią bardziej wpatrzony. Kiedy Kaja miała czternaście miesięcy, Dag poszła na jakieś rutynowe badanie i wróciła z przerażającą diagnozą. Miała podejrzenie nowotworu. Kolejne tygodnie spędziliśmy we trójkę jak na szpilkach, czekając na wyniki dodatkowych testów. – To czerniak – wyznała mi, kiedy odebrała wyniki. – Boże, nie wiem, co teraz… Kiedy przekazałam tę wiadomość Michałowi, miałam wrażenie, że zemdleje. – Co będzie z Kają… jak…ona… – nie mógł wymówić słowa „umrze”. Był roztrzęsiony i przerażony. Na początku myśleliśmy, że wszystko dobrze się skończy. Chyba każdy tak myśli, prawda? Kaja praktycznie u nas zamieszkała, Dagna była zbyt osłabiona chemią i naświetleniami, żeby się zajmować dzieckiem. Potem miała dwie operacje wycinania przerzutów. W końcu usłyszała od onkologa, że kolejne zabiegi są bezcelowe. – Zostało mi kilka tygodni, może miesięcy życia… Muszę uporządkować przyszłość Kai… – wyszeptała. Nie zostało w niej nic z dawnej Dagny Ważyła tyle co dziecko, wyłysiała, jej bezrzęsne oczy straciły blask. Ale dla mnie wciąż była, obok Michała, najbliższą osobą na świecie. Kochałam ją i codziennie płakałam, że ją stracę. Michał przeżywał to chyba jeszcze gorzej. Jak to facet, radził sobie z bólem za pomocą złości. Raz usłyszałam przez okno ,jak krzyczy na Dagnę, kiedy przyjechała po córkę. – Zabraniam ci! Rozumiesz?! Zabraniam! Nie możesz nam tego zrobić! Nie możesz tego zrobić Kai! Rozpłakałam się wtedy, nim jeszcze weszłam do domu. Ja też chciałabym zabronić Dagnie umierać. Zabronić jej odbierać Kai mamę, a nam najlepszą przyjaciółkę… Kiedy weszłam, oboje byli bardzo wzburzeni. Michał wyglądał na przerażonego i wściekłego, Dag na zdeterminowaną i cierpiącą. A potem powiedziała coś, co zatrzymało mój świat w miejscu. To, czego usiłował zabronić jej Michał. – Basia… zostało mi niewiele czasu, a pewne rzeczy muszą być wyjaśnione i załatwione – zaczęła. – Muszę ci powiedzieć, kto jest ojcem Kai. To nie Szwed… W tym momencie zobaczyłam, jak mój mąż osuwa się na krzesło i chowa twarz w dłoniach. Wciąż miałam nadzieję, że coś źle rozumiem, ale Dag umierała i nie miała siły na owijanie w bawełnę. – Kaja jest córką Michała. Zrobiliśmy testy. Uznał ją. Jest wpisany do aktu urodzenia jako jej ojciec. Basia, przykro mi… Nie miałaś się nigdy dowiedzieć, ale w tej chwili muszę zadbać o córkę. Wiele razy potem myślałam, jak mogłam to przeoczyć. Ale Kaja naprawdę nie była podobna do Michała. A Dagna rzeczywiście woziła się ze swoim Szwedem w stosownym czasie. Nigdy nie sprawdzałam wyciągów z konta bankowego ani dokumentów męża. Dlaczego zresztą miałabym coś podejrzewać? Najgorsze było to, że nawet nie miałam dokąd uciec. W domu był mój niewierny mąż, a przyjaciółka okazała się tą, z którą mnie zdradził. I która zdradziła mnie… W końcu to oni wyszli. Ona z Kają do domu, on… nie obchodziło mnie dokąd. Zostałam sama. Nie byłam w stanie myśleć. Dag umierała, Kaja była córką mojego męża. Zanim ich wyrzuciłam, ona powiedziała, że dziecko zgodnie z prawem zostanie po jej śmierci z ojcem. Nie wiedziałam, jak sobie to poukładać w głowie. Ja, Michał i Kaja? Miałabym zostać przybraną matką dla dziecka przyjaciółki, która uwiodła mojego męża? Wychowywać je z człowiekiem, który tak straszliwie mnie zranił? Tej nocy Dagna została zabrana do szpitala. Stres spowodował pogorszenie jej stanu. Michał zadzwonił i zapytał, czy może przyjechać z małą do domu. Co miałam mu odpowiedzieć? Zacisnęłam zęby i odpowiedziałam, że dziecko nie jest niczemu winne. Obiecałam, że będę się nim zajmować tak jak do tej pory. Stan Dag był zły. Przeniesiono ją do hospicjum. Odeszła we śnie trzy tygodnie później. Na pogrzebie okazało się, że Dagna powiedziała rodzinie, kto jest ojcem jej dziecka i z kim należy się umawiać w sprawie kontaktów. Nagle obcy ludzie rozmawiali z moim mężem o tym, kiedy będą mogli zabrać małą na weekend do dziadków. Ja marzyłam o tym, żeby zniknąć… Tragizm sytuacji nie pozwalał mi na przeżywanie swojego osobistego dramatu. Zmarła młoda matka, zostawiła dwuipółletnie dziecko. Nikogo nie obchodziły uczucia kobiety, która dowiedziała się, że jej mąż i przyjaciółka ją zdradzili, a potem okłamywali. Nikogo nie interesowało, że właśnie spełniał mi się jakiś koszmarny horror – sama byłam bezpłodna, ale miałam wychowywać dziecko mojego męża będące owocem zdrady. Jedyną pociechą w tym stała się sama Kaja. Była za mała, żeby rozumieć, że mama nigdy już nie pocałuje jej na dobranoc. Jak każde takie malutkie dziecko oglądała całą ceremonię zaciekawionymi, wielkimi oczami, a kiedy się zmęczyła, weszła mi na kolana, wtuliła twarz w moją szyję i zasnęła. Wtedy pomyślałam, że mogłabym jakoś się z tym uporać. Przecież zdrady w małżeństwach się zdarzają. O tym się rozmawia, przepracowuje się to, można iść na terapię. Wiedziałam, że Michał mnie kocha. Zapewniał, że przespał się z Dagną tylko raz i oboje zrozumieli, że to był błąd. Może byłabym w stanie mu uwierzyć. Zaczęłam z nim rozmawiać kilka tygodni po pogrzebie, kiedy już przeorganizowaliśmy życie Kai. Dziecko zamieszkało u nas na stałe, bez problemu też przyjęło wiadomość, że zamiast „wujku” ma do Michała mówić „tato”. Pozostała kwestia, kim ja mam być w życiu tej małej dziewczynki. – Mogłabyś ją adoptować… – zasugerował Michał, kiedy po raz kolejny zadeklarował, że chce spędzić ze mną resztę życia. – I tak przecież myśleliśmy o adopcji, prawda? Bylibyśmy rodziną jak każda inna. Ona nawet nie musi wiedzieć… wiesz, że takie małe dziecko nie będzie niczego pamiętać… Uciekłam wtedy z domu. Co za ironia losu, że spędziłam noc w mieszkaniu Dagny, do którego miałam klucze. To tam, leżąc na kanapie, „porozmawiałam” z nią pierwszy raz otwarcie, tak jak może powinnam była to zrobić, kiedy jeszcze żyła. – Kocham Kaję – powiedziałam, patrząc na ich wspólne zdjęcie: maleńka Kaja w ramionach Dagny jeszcze nie przeczuwającej najgorszego. – Ciebie też kochałam, wiesz o tym. I wiesz co? Wybaczam ci to, co zrobiłaś. Michałowi też wybaczę, ale zajmie to trochę więcej czasu… I obiecuję ci, że nigdy nie skrzywdzę Kai. Po tamtej nocy wróciłam do domu i starałam się żyć normalnie. Dbałam o Kaję, czuwałam przy niej przez trzy noce, kiedy miała wysoką gorączkę, uczyłam ją piosenek i bawiłam się z nią w pociąg oraz misiowe przedszkole. Kiedy się śmiała, przytulała albo zasypiała na mnie, czułam, jak zalewa mnie fala czułości. Gładziłam ją po jasnych, mięciutkich włoskach i odprężałam się, czując ciepło jej drobnego ciałka. Greg da mi to, na co długo czekałam Ale prawda była taka, że cierpiałam jak nigdy wcześniej. – Nie zrobiłam nic, by zasłużyć na takie życie – powiedziałam w końcu do męża. – Chciałam tylko być z tobą szczęśliwa. Tak, myślałam o adopcji, ale razem… a nie adoptowaniu twojego dziecka ze związku z naszą przyjaciółką. Nie pisałam się na spotkania z babcią twojego dziecka, która traktuje mnie jak opiekunkę swojej wnuczki. Nie zamawiałam sobie wiecznych pytań rodziny, plotek i publicznego zastanawiania się, jak ja mogę coś takiego znosić. To mnie przerasta, Michał. Poprosiłam o separację. Zamieszkałam w mieszkaniu Dagny, które formalnie należało do Kai. Uznałam jednak, że póki co mam prawo tam mieszkać. Michał długo myślał, że wrócę, ale nie dałam rady. Płakałam co noc, tęskniłam za nim i za Kają, ale nie potrafiłam już z nimi żyć. W końcu wystąpiłam o rozwód i z powodu oczywistej zdrady męża dostałam go bez problemu. Po rozwodzie postanowiłam wyjechać do Niemiec, mieszkam tutaj do dzisiaj. Ludzie, których tu poznałam, nie znają całości mojej historii, wiedzą jedynie o rozwodzie. Dopiero niedawno znalazłam odwagę i siłę, by komuś o tym wszystkim opowiedzieć. Tym kimś jest Greg, mężczyzna, z którym się związałam. Greg ma dwoje dorosłych dzieci, ale marzy o kolejnym. To nasze wspólne marzenie. Chcemy je spełnić za pomocą agencji adopcyjnej. Czekamy na dziecko. Na nasze wspólne, wyczekiwane, ukochane dziecko. Nieważne, ile będzie mieć latek ani jak będzie wyglądać. Wiem, że kimkolwiek ono będzie, będzie idealne. Damy mu całą miłość, jaka nas wypełnia. Niedawno zrobiłam jeszcze coś. Przy okazji pobytu w Polsce spotkałam się z Michałem. Powiedziałam, że mu wybaczam. Był szczęśliwy, słysząc to. Zapytał, czy chcę spotkać się z Kają. Chciałam. Kaja ma dwanaście lat i wygląda jak młodziutka Dagna. Nie pamięta mnie, dla niej jestem tylko pierwszą żoną jej taty. Drugą jest Ola, mama dwójki jej przyrodniego rodzeństwa. Kaja mówi do niej „mamo”. Widziałam zdjęcia, wyglądają na fantastyczną rodzinę. Naprawdę się cieszę, że Michał ma kolejne dzieci. Wiem, że jest wspaniałym ojcem. A ja zrobię wszystko, żeby być wspaniałą mamą. Czytaj także:„Moja siostra jest biedna, a i tak rodzi kolejne dzieciaki. Wysyłam jej pieniądze, a ona jeszcze narzeka”„Wzięliśmy ślub zaraz po maturze, bo byłam w ciąży. Przez to mąż porzucił mnie teraz dla kochanki, z którą ma córkꔄTraktowałem kobiety jak antidotum na złamane serce. Sypiałem z nimi, choć śniłem o ciele mojej pierwszej miłości”
Is it a sound so yearning that the heart jumps? Or is it just a broken string weeping? How much truth in a song, when you want to sing? Don't ask me ever again, oh no. Not feeling days, hours nor years Not counting what's gained or lost We're circling, we're sailing round the world And if the other shore's in sight Music is the best cure It's like in a long journey the fifth gear. The lights will go out 'fore you learn something In three verses you'll never tell a life From this or that side of the scene, a gesture of resignation Neither of us knows, what this journey is Not feeling days, hours nor years Not counting what's gained or lost We're circling, we're sailing round the world And if the other shore's in sight Music is the best cure It's like in a long journey the fifth gear. How much truth in a song, when you want to sing? Don't ask me ever again, oh no. Not feeling days, hours nor years Not counting what's gained or lost We're circling, we're sailing round the world And if the other shore's in sight Music is the best cure It's like in a long journey the fifth gear. Not feeling days, hours nor years Not counting what's gained or lost We're circling, we're sailing round the world And if the other shore's in sight Music is the best cure It's like in a long journey the fifth gear.
Czy to tak tęskny dźwięk aż serce skaczeChaaaaaaaacha i ja i jaaaaCzy tylko struna tak pęknięta płaczeChaaaaaaaacha i ja i jaaaaIle prawdy jest w piosence, gdy się śpiewać chceNigdy mnie nie pytaj więcej, nieRazemNie czując dni, godzin i latNie licząc zysków, ani stratOkrążamy, opływamy wokół światA jeśli drugi widać brzegMuzyka to najlepszy lekOna jest jak w długiej trasie piąty biegPogasną światła nim się czegoś dowieszChaaaaaaaacha i ja i jaaaaW trzech zwrotkach życia nigdy nie opowieszChaaaaaaaacha i ja i jaaaaZ tej, czy z tamtej strony sceny rezygnacji gestJednakowo mało wiemy czym ta podróż jestRazemNie czując dni, godzin i latNie licząc zysków, ani stratOkrążamy, opływamy wokół światA jeśli drugi widać brzegMuzyka to najlepszy lekOna jest jak w długiej trasie piąty biegIle prawdy jest w piosence, gdy się śpiewać chceNigdy mnie nie pytaj więcej, nieRazemNie czując dni, godzin i latNie licząc zysków, ani stratOkrążamy, opływamy wokół światA jeśli drugi widać brzegMuzyka to najlepszy lekOna jest jak w długiej trasie piąty biegNie czując dni, godzin i latNie licząc zysków, ani stratOkrążamy, opływamy wokół światA jeśli drugi widać brzegMuzyka to najlepszy lekOna jest jak w długiej trasie piąty biegNie czując dni, godzin i latNie licząc zysków, ani stratOkrążamy, opływamy wokół światA jeśli drugi widać brzegMuzyka to najlepszy lekOna jest jak w długiej trasie piąty bieg
nie czując dni godzin i lat